Podejście drugie okazało się całkowitym fiaskiem. Zaraz po dojściu do Av. Corrientes okazało się, że znowu zbiesiło się metro. Nie wiem wprawdzie z jakiego powodu, ale szacowna Subteinstytucja nie działa, na wszystkich ulicach stoją gigantyczne korki a z buta do Palermo trochę daleko.
Przy tej okazji napiszę słów parę o poruszaniu się po naszej dzielnicy. Mieszkamy na skrzyżowaniu Av. Cordoba i Maipu (tu muszę wtrącić, że nasze mieszkanko ma dwie podstawowe zalety: pierwsza to taka, że jest w nim cicho bo ma okna na podwórko, druga to taka, że jest w nim chłodno, głównie z tego powodu, że ma okno na podwórko zasłonięte od słońca, tak czy inaczej możemy sobie otworzyć okno na oścież i nie używamy klimy – hurrrra!!!) . Cordoba to taka duża ulica, mniej więcej jak nasza Marszałkowska, tylko że ma 6 pasów w jedną stronę (i tylko w jedną). Większość ulic – nawet tych bardzo dużych, porusza się w jedną stronę. Mniejsze, takie jak Maipu (wygląda jak Ząbkowska) są również jednokierunkowe (jedna w jedną, następna w drugą itd.). Dlatego też jeżdżenie ulicami stanowi nie lada wyzwanie dla mieszkańca Warszawy takiego jak my. Na szczęście nie jeździmy tu żadnym autem. No chyba, że taksówką.
Taksówkarze to istoty wielce ciekawe. Zazwyczaj porozumiewają się między sobą przy użyciu świateł awaryjnych, długich lub klaksonu. I to nie tak jak u nas: tttiii (znaczy zaraz urwę Ci głowę i nasikam do szyi), tylko zabawnie potrąbują na inne auta gdy np. chcą się zmieścić na siódmego na sześciopasmówce, chcą zmienić pas albo nagle zapragną pozdrowić innego kierowcę. Tego typu sytuacje są tu na porządku dziennym i dźwięk klaksonu nie robi na nikim większego wrażenia. Nawet na pieszych, którzy łażą na czerwonym świetle i niczym się nie przejmują. Taksówkarze mają też Cabaseo opanowane do perfekcji. Normalnym sposobem zdobywania taksówki jest łapanie jej na ulicy. Właśnie powziąłeś decyzję pojechania taksówką, zaczynasz podnosić rękę i już błyska na ciebie awaryjnymi najbliższa taksówka. Rewelacja. Należy jednak pamiętać, że lepiej złapać taksówkę z kogutem na dachu, mającą napis radio taxi. Wtedy szanse na korzystną cenę są znacznie większe. Trzaśnięcie drzwiami kosztuje 3,80. Taksometr cyka ok 0,30 pesos co przecznicę (czyli co jakieś 200 metrów). Daje to mniej więcej 1,50 za kilometr. W ogólnym rozrachunku wychodzi dość tanio, szczególnie, że taksówkarze jeżdżą dość szybko (ale bez przesady, nie kozaczą za bardzo – zielona fala na Cordoba jest ustawiona na 50 km/h) i poruszają się z niebywałą finezją jednokierunkowym labiryntem (jeśli macie wątpliwości czy jedziecie najkrótszą trasą, ostentacyjne wyciągnijcie mapę – zazwyczaj to poprawia orientację kierowcy w terenie). Dodać należy, że nie ma tu niczego takiego jak druga taryfa. Ceny za taksówkę nie zmieniają się bez względu na porę dnia czy dzień tygodnia. Jeśli wsiadamy do taksówki i widzimy dwójkę na taksometrze to oznacza to, że jesteśmy właśnie koncertowo nabijani w butelkę. Należy grzecznie zapytać dlaczego a następnie kazać zatrzymać się tam gdzie właśnie jesteśmy. Wysiąść bez płacenia i mieć w nosie. Zaraz podjedzie następna. Zasadniczo wszystkich tych operacji można dokonać metodą niewerbalną (czyli przy użyciu rąk) bo jeśli nie znamy hiszpańskiego to możemy nie zostać zrozumiani. Zdarza się jednak, że taksówkarz mówi po angielsku (chociaż cyfry). Raz udało nam się spotkać nawet takiego kierowcę, który nie tylko mówił po angielsku, ale także, jak sam stwierdził, poczytuje sobie za honor zrozumieć klienta. Generalnie przejechanie taksówką z centrum do Palermo (które jest od nas dość daleko) kosztuje ok 15 pesos (co na nasze daje jakieś 11 złociszy).
Oczywiście nadal stanowi dla nas zagadkę poruszanie się autobusami. Linie metra (jest ich chyba z 5) rozchodzą się promieniście od La Platy po całym mieście. Kilka z nich przecina się jeszcze w centrum a potem to już tylko w miasto. Poruszając się np. po Palermo, między jedną a drugą linią jest spory kawałek, który można przejechać autobusem. Niestety nie wiemy jak.
Przystanki autobusowe to takie miejsca, w których ludzie stoją w kolejce na chodniku, w kierunku przeciwnym do ruchu na danej ulicy. Zazwyczaj stoi tam granatowy słupek (niekoniecznie) z numerem autobusu, który się tu zatrzymuje, czasami też (ale jeszcze rzadziej) na rzeczonym słupku znajduje się tabliczka z nazwami ulic jakimi jedzie dany autobus. Na przystanku z autobusu wychodzi bileter i tu zaczyna się problem. Trzeba (niestety) wiedzieć na jakim przystanku chce się wysiąść. Zdaje się, że cena biletu jest zależna od długości trasy – ale nie jestem tego pewna, bo jak już pisałam, nie próbowaliśmy (to zdecydowanie za skomplikowane dla mojej białej głowy).
Tak więc po mieście poruszamy się metrem (większość linii jest stosunkowo blisko nas), taksówkami (np. od metra do miejsca przeznaczenia) lub pieszo. Jedynie po zmroku używamy tylko taksówek bo ja strachliwa jestem.
Chodzenie po mieście nie jest specjalnie skomplikowane. Jeśli ma się dobrą mapę, stosunkowo łatwo dojść do celu. My nabyliśmy mapę jeszcze w Wawie (duża, rozkładana, 1:15000, dosyć dokładna, EMPIK, kilkanaście zł). Poza tym w każdym tangowym sklepie czy szkole są dostępne Los 100 Barrios Portenos – Tango Map, które mają zaznaczone wszystkie milongi i sklepy z butami. Są fajne bo mieszczą się do kieszeni tylko straszna drobnica. Oznakowanie ulic na mieście jest niezłe. Na każdym skrzyżowaniu znajduje się tabliczka z nazwami ulic (sponsorowana przez różne firmy np. Claro – jednego z lokalnych operatorów sieci komórkowej) i numerami budynków znajdujących się na tej przecznicy (jakie i w którą stronę lecą numery). Tak jak pisałam, jedna przecznica to ok. 200 metrów i ok. 100 numerów budynków. Oznacza to, że budynki (bramy) numerowane są co ok. 2 metry. Jeśli widzimy na mapie, że od naszej pozycji do miejsca przeznaczenia są np. 4 przecznice, to oznacza to niechybnie, że mamy do przejścia ok 800 metrów i tak zazwyczaj jest.
Wędrówki komplikuje tłum. W tygodniu po chodnikach poruszają się dzikie tłumy. Chodniki na mniejszych uliczkach mają ok. 50 cm szerokości, więc przechodzenie w tłumie wymaga umiejętności iście magicznych. Na większych ulicach chodniki są szersze ale i tłum gęstszy. Jest to właściwość centrum miasta, w innych dzielnicach jest trochę luźniej, ale nie wiele. Wieczorem wcale nie jest lepiej. Sytuacja zmienia się w niedzielę. Nagle z miasta wywiewa wszystkich ludzi (spaliny też) a po ulicach jeżdżą tylko taksówki. W ostatnią niedzielę przechadzaliśmy się Av. Corrientes (Marszałkowska nr 2) od Maipu do 25 de Mayo (to jakieś 4 przecznice) i po drodze spotkaliśmy dosłownie kilka osób (może 5 sztuk razem). W niedzielę miasto wymiera i ożywa dopiero wieczorem. W tym dniu większość sklepów jest zamknięta, kilka spożywczych działa normalnie, ale np. chlebuś nie występuje (chyba że tostowy paczkowany).
Generalnie z zakupami nie ma większego problemu. Co kilkanaście metrów znajdujemy sklep spożywczy z podstawowymi artykułami do jedzenia (i higienicznymi). Większość artykułów spożywczych jest jadalna choć ma nieco inny smak niż można by się było spodziewać. Żółty ser jest taki jak u nas, wędlinki są całkiem niezłe. Nic wykwintnego, ale przynajmniej nie psują się po jednym dniu leżenia w lodówce. Poza tym nawet te paczkowane są zjadalne (niektóre nawet bardzo smaczne). Chleba w postaci bochenka jeszcze nie widziałam. Popularne są małe bułeczki, sprzedawane na sztuki, ale popakowane w torebki po kilka. Niestety trzeba sobie upatrzyć dobrą wersję bo w każdym sklepie inaczej smakują. Jeśli jadacie jakieś pieczywo specjalne to może być problem. Oczywiście dostępne są wszelkie pieczywa tostowe, ale z chrupkiego pieczywa widziałam tylko wafle ryżowe. Ciekawostką są warzywa i owoce. Wyglądają dość niepozornie (czasem nawet nieciekawie) ale są bardzo smaczne. Np pomidory smakują tu jak pomidory (mieszkańcy Warszawy nie są do tego przyzwyczajeni), smaczne, słodkawe i dojrzałe. Słyszałam niepochlebne opinie o miejscowym majonezie (od rodaków). Jestem fanatyczką majonezu (niedługo zacznę dodawać też do ciastek), więc bałam się, że tutaj się nie wypasę. Na szczęście nie jest aż tak źle. Majonez owszem nie jest zbyt dobry, lekko kwaskowy, ma trochę inny zapach, ale jadałam już gorsze u nas, więc się nie czepiam. Niestety nie znalazłam dla siebie herbaty. Jestem miłośnikiem czarnej, torebkowanej mieszanki niewiadomego pochodzenia pospolicie zwanej Liptonem. Miejscowe herbaty czarne są niepijalne (trochę pomaga bardzo smaczna cytryna, ale to i tak smutek wielki), a już na pewno nie kupujcie herbaty Virginia (jest tu ich kilka rodzajów). Miejscowy przysmak zwany Yerba Mate nie jest moim przysmakiem, więc przeżywam herbacianą posuchę. W planach mam wizytę w Carrefour Express – może tam znajdę jakąś znaną mi markę. Jeśli nie zna się hiszpańskiego to dobrze jest zaopatrzyć się wcześniej w podręczną listę zakupów z tłumaczeniami na lokalną mowę bo opakowania produktów (nawet tych międzynarodowych) różnią się od naszych. We wszystkich tych sklepikach można też kupić podstawowe artykuły higieniczne (kilka marek międzynarodowych) i miejscowe wyroby. Jakościowo i cenowo są porównywalne do tych dostępnych u nas. Czasem nazwy się trochę różnią ale znajdziecie tu raczej swój ulubiony dezodorant czy mydło. Jeśli gustujecie w produktach bardziej ekskluzywnych to musicie tylko zmienić sklep. Produktem u nas niespotykanym są wszelkiego rodzaju zapachy do tkanin, np.: na stoisku z proszkami do prania znajdujemy też perfumy do ręczników. Mieszkańcy BsAs lubują się w perfumowaniu wszystkiego.
W sklepach z odzieżą panie co jakiś czas perfumują kąty różnymi zapachami. Ostatnio przymierzałam bardzo ładną bluzeczkę (cienka, półprzeźroczysta tunika, w ciepłym czerwonym kolorze, całe 30 pesos). Nawet sprawdziłam czy nie jest perfumowana i nie była. Pani mi pięknie zapakowała. Po powrocie do domu otwieram i co? Babsztyl zdążył ją poperfumować. Generalnie zapach ok ale jednak znacznie odbiega od moich ulubionych perfum.
Kupowanie ubrań (także tangowych) jest tutaj nieco skomplikowane. Stroje tangowe są do nabycia w każdym sklepie z butami do tańca, każdej szkole tanga itp. W takich miejscach ubrania te są jednak dosyć drogie (sukienki ok. 300 pesos, spodnie od 100 do 200, bluzki od 50 w górę). Dużo łatwiej jest kupić coś w przystępnej cenie w normalnym sklepie ciuchowym. Moda uliczna jest mocno zbliżona do tego co my używamy do tanga (oni zresztą też). W naszej okolicy (jedna przecznica) znajduje się ulica Florida, którą można określić jako ul. Chmielną tylko 2 razy większą i dłuższą. Przy Florida (pasaż, którym nie jeżdżą samochody a i tak trudno przejść) znajduje się cała masa sklepów wielkich światowych marek (Louis Vuitton, Gucci, Dior, cacharel itp.). Pomiędzy nimi marki mniej ekskluzywne (np. Zara – ceny jak u nas) i sklepy miejscowych producentów. W tych ostatnich warto kupować (po uprzednim sprawdzeniu cen) ubrania, które będą z powodzeniem uchodziły za tangowe. Ciekawe fasony, całkiem niezłe wykonanie i przystępne ceny (koszulki po 15-20 pesos, tuniki 20-70, spodnie 20-70, bluzki 20-50, sukienki do 120). Są to takie gorsze sklepy lepszego sortu. Są jeszcze inne: lepsze sklepy gorszego sortu tzn. takie które próbują uchodzić za lepsze tylko w kiepskich i dziwnych miejscach (zazwyczaj znajdują się w jakiś dziwnych bramach lub bardziej obskurnych uliczkach). Różnica polega na tym, że ceny są w nich podobne jak w tych poprzednich, tylko znacznie gorsze wykonanie i jakość. Biorąc pod uwagę fakt, że ogólnie jakość odzieży jest tu słaba, ja wybieram ten pierwszy rodzaj sklepów (ubrania są uszyte symetrycznie a brzegi tkanin dokładnie wykończone). Niestety trzeba też zwracać uwagę na to co się kupuje w sklepach tych najbardziej markowych, np. garnitury i koszule od Diora są tu na porządku dziennym i w całkiem przystępnych cenach, ale chyba produkowane specjalnie na ten rynek bo ich jakość pozostawia wiele do życzenia (oczywiście jak na taką markę). Kołnierze w koszulach się siepią, krzywe szwy itp. Jednak gdybyśmy chcieli zabłysnąć naszywką to z czystym sumieniem znajdziemy i kupimy w korzystnej cenie coś eleganckiego (np. garnitur za 600 pesos, po przecenie nawet 450, sklep oferuje dolar za 4,10 – więc na nasze pieniądze wyjdzie nam ok 320 zł). Z ulicą Florida przecina się ulica Lavalle i jest to taka sama Chmielna tylko trochę węższa (pozostałe uwagi jak wyżej). Kolejnym miejscem, gdzie można kupić całkiem fajne tangowe ciuszki jest Av. Pueyrredon (pod numerem 367 znajduje się El Rey De Los Pantalones czyli spodnie tangowe dla panów a także koszule i inne fajne męskie przydasie). Ulica ta wygląda jak nasza Targowa (tylko oczywiście większa), wzdłuż której ciągnie się szpaler sklepów długości ok. 1 km. Nie ma raczej wielkich marek, ale za to duży wybór i jak się dobrze poszuka to i w niezłej jakości się coś znajdzie. W owym miejscu zanabyłam bardzo zacną bluzeczkę biało błękitną ze srebrnymi wstawkami (30 pesos), która jak ulał będzie pasowała do moich srebrno-błękitnych butów Leika. Ponieważ ostatnio byliśmy tam w celach pantalonesowych więc na większe myszkowanie nie było czasu. Następnym razem na pewno znajdę coś więcej.
Chcę zauważyć, że pogłoski jakoby moda tangowa w Buenos znacznie odbiegała od naszej są mocno przesadzone. Nasze panie na milongach wyglądają tak samo (a czasem nawet bardziej) elegancko jak tutejsze. Na każdej milondze na jakiej tu byliśmy widziałam Tangery zarówno w dżinsach jak i ekstrawaganckich sukniach. Większość jednak zakłada spodnie (takie jak u nas) lub spódniczki (takie jak u nas), bluzeczki (takie jak u nas), tuniki (j.w). Wbrew obiegowej opinii widuje się też kabaretki, rękawiczki, wachlarze itp duperele. Miejscowe matrony tangowe (wiek matuzalemowy) wyglądają czasami jak przedstawicielki najstarszego zawodu świata a czasami jak prawdziwe damy. Młodzież (wiek przed 60) wygląda tak samo jak u nas – tylko my mamy ładniejsze buty. Tutaj panie się chyba tym za bardzo nie przejmują (no w każdym razie mniej niż my). Odzieżowo wcale nie wypadamy blado.
Tym optymistycznym akcentem chcę zakończyć ten przydługi wpis. Jeśli następnym razem uda mi się dotrzeć do Grety Flory to zapewne podjadę też do DNI a wtedy zdam relację, czy udało mi się nabyć upatrzoną wiele miesięcy temu tunikę.
Filed under: Buenos Aires, Tango argentyńskie Otagowane: | autobusy, buenos aires, buty, taksówki, tango, tango argentyńskie, ubrania, zakupy
Buty to podstawa, miło jest najpierw przymierzyć, a potem kupić
Moda piękne ciuchy buty, to lubią Panie i Panowie z eleganckich sfer.